Na portalach społecznościowych chętnie dzielimy się zdjęciami wszystkich swoich posiłków, wstawiamy obszerne relacje z wakacyjnych wojaży, a nawet… zakładamy osobne profile dla naszych pupili.

Zapraszamy na kolejny artykuł z serii “Jak nie dać się zł@pać w sieci?”. Cykl ten jest efektem inicjatywy InternetSafety, o której pisaliśmy tutaj. Dziś będzie o tym, dlaczego niektórzy mają potrzebę jednoczesnego życia w dwóch przestrzeniach – realnej i internetowej. Co więcej, udzielają się w nich na równi, z taką samą intensywnością. 

Ekshibicjonizm internetowy, bo o tym zjawisku mowa, jest odmianą ekshibicjonizmu społecznego. Charakteryzuje się głównie nieodpartą potrzebą przenoszenia do świata online każdego aspektu swojej codzienności. Dotyczy często osób, które w dzieciństwie nie mogły liczyć na dostateczne zainteresowanie swoją osobą ze strony najbliższych, albo też tak zwanych “narcyzów”, czyli cierpiących na silnie rozwinięty egocentryzm. Obecnie bardzo silnie dotyczy to również młodzieży w wieku nastoletnim1

Najczęściej do sieci dostają się efekty naszej ciężkiej (choć nie zawsze) pracy – nasze sukcesy zawodowe – awans w pracy, sportowe – udział w zawodach, czy rodzinne – ślub syna lub ciążowe zdjęcie USG. Jednak często, co ciekawe, pojawiają się tam posty pisane w cięższych chwilach życiowej wędrówki – rozstanie z mężczyzną / kobietą swojego życia, a nawet śmierć członka rodziny. Serwisy społecznościowe traktujemy jako doskonałe miejsce do prowadzenia naszego internetowego pamiętnika. Do grona znajomych przyjmujemy często nawet tych, z którymi nasze ścieżki zbiegły się raz w życiu i prawdopodobieństwo kolejnego spotkania jest równe zeru.

Całą tą machinę często napędzają mnożące się “lajki” czy “serduszka” zostawiane pod naszymi treściami – zdjęciami, filmikami, relacjami. 

By przeciwdziałać niezdrowej pogoni za kliknięciami jakiś czas temu Instagram wprowadził możliwość ukrycia liczby polubień pod swoimi zdjęciami. W ślad za nim poszedł również Youtube, który ilość łapek w dół pod filmami pozostawił jedynie dla zaawansowanych statystyk twórcy kanału, argumentując to chęcią przeciwdziałania hejtowi. Co ciekawe, nie spotkało się to ze zbyt przychylną opinią i użytkownicy szybko znaleźli specjalną wtyczkę, by ów przycisk wrócił na miejsce.

Przykładów na chęć dzielenia się naszym życiem w sieci znacznie przekracza zdrowy rozsądek można by wymieniać bez końca.

W 2019 roku amerykańska blogerka Kara Baker pokazała narodziny swojego czwartego dziecka, prowadząc transmisję na żywo w serwisie youtube. Nagranie zobaczyło dotąd ponad 166 tys. ludzi. Jak mówi sama zainteresowana: wierzę, że internauci towarzyszący mi w tym niezwykłym momencie zapamiętają to na długo i zmienią swoje nastawienie do porodu

Trzy lata wcześniej, pewna dwunastolatka – Katelyn Nicole Davis z Georgii w trakcie relacji „live” popełniła samobójstwo przez powieszenie. Mimo szybkiej reakcji zszokowanych widzów, w tym również znajomych dziewczyny, policja nie zdążyła przyjechać na czas.

Z kolei w zeszłym roku 10 – letnia Antoneilla Sicomero z Palermo wzięła udział w tiktokowym trendzie, polegającym na podduszaniu się do nieprzytomności za pomocą paska od szlafroka. Dziewczyna zmarła na skutek zatrzymania się akcji serca. 

To tylko trzy przykładowe zdarzenia ukazujące do czego może doprowadzić to zjawisko. Z czego to wynika? Z chęci bycia zauważonym w momencie, gdy w życiu realnym nie mamy na to szans? Ze zwykłej potrzeby podzielenia się swoimi problemami, kiedy nikt z naszych najbliższych nie chce ich wysłuchać? Z rzekomych „wielkich idei” albo wizji zarobienia pieniędzy, jak w przypadku transmisji z porodu?

Powodów z pewnością jest mnóstwo. Warto starać się na bieżąco kontrolować to, czy przykładowo ktoś z naszych najbliższych (szczególnie dzieci) nie potrzebuje pomocy lub uwagi z naszej strony i zaopiekowania “w realu”. 

1 https://kobiecaperspektywa.pl/ekshibicjonizm

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.