Po pół wieku nadal w sprawie Wampira z Zagłębia więcej jest niewiadomych, niż pewników.

Tę historię znają chyba wszyscy w Zagłębiu i na Górnym Śląsku. W połowie lat 60. XX stulecie w tajemniczych okolicznościach ginęły kobiety – głównie w okolicach Będzina i Sosnowca, choć pierwszą ofiarę znaleziono w Katowicach. Po żmudnych poszukiwaniach i wieloletnim śledztwie milicja obywatelska ustaliła sprawcę – był nim urodzony w Dąbrowie Górniczej Zdzisław Marchwicki. Po latach jednak trudno dojść do tego, czy to faktycznie Marchwicki był wampirem.

Chcę być dobrze zrozumiany – mówi prof. Roman Kochnowski, historyk – Marchwicki był mordercą i z pewnością nie był niewinny. Ale czy to on był wampirem? Nie byłbym tego taki pewien.

Dziennikarze i historycy zajmujący się tą sprawą uważają, że śledztwo nabrało tempa po śmierci Jolanty Gierek, bratanicy ówczesnego I Sekretarza KW PZPR w Katowicach. Tyle że Edward Gierek nie miał brata. Miał jedną siostrę – Helenę – która zmarła w roku 2016.

Razem z nieżyjącym już dziennikarzem Dariuszem Dyrdą, doskonale obeznanym w rzeczywistości Śląska i Zagłębia lat 70. XX wieku badaliśmy sprawę rodzeństwa Gierka. Ostatecznym dowodem jest list, który matka byłego I Sekretarza – Paulina z domu Gojny – wysłała do Wojciecha Jaruzelskiego, by ten zwolnił Edwarda Gierka z internowania.

Pisze do pana matka, która wychowała dwoje dzieci – czytamy w liście.

Wszystko się zgadza. Dziećmi byli Edward i młodsza od niego Helena.

Niejasności w tej sprawie jest masa – zaznacza prof. Kochnowski – nie zdziwiłbym się wcale, gdyby informacja o rzekomej bratanicy Gierka wypłynęła ze struktur MO/SB. Po co? Tego zapewne nie dowiemy się już nigdy. Z pewnością jakieś tropy wiodą na Uniwersytet Śląski, bo brat Marchwickiego wiedział o wielu nieprawidłowościach i wiele razy sam brał w nich udział.

Tajemnicę nie tylko „Wampira”, ale też całego śledztwa zabrali ze sobą do grobu główni aktorzy – szef katowickiej milicji Jerzy Gruba, I Sekretarz Edward Gierek oraz – oczywiście – Zdzisław Marchwicki. I tylko starsi pracownicy UŚ czasem niechętnie przyznają, że zabójca mógł być jeszcze jeden.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.